Blog

Inbound marketing – z czym się go „je”?

Waldemar Sadowski Waldemar Sadowski17 lutego 2017Producenci, Sklepy, Wydawcy

Z czym kojarzymy metody marketingowe? Większość z nas pewnie wymieniłaby spoty reklamowe, bilbordy czy pop-upy (ang. „wyskakujące okienka”). Wszystkie są popularnymi, lecz bardzo agresywnymi strategiami. Nie trafiają do wszystkich odbiorców – wielu konsumentów po prostu irytują lub też nie mają oni z nimi styczności ze względu na ich losowy i krótkotrwały kontakt. W opozycji do tych tradycyjnych form powstała nowa koncepcja, czyli tytułowy inbound marketing.

Inbound marketing (ang. „marketing przychodzący, aktywny”) jest to działanie znacznie bardziej długoterminowe i ma inne cele, niż tradycyjne metody, choć skutek ma być ten sam: pozyskanie klientów i zwiększenie sprzedaży. Opiera się na tzw. marketingu za przyzwoleniem (ang. permission marketing), który powstał stosunkowo niedawno. Twórcą tej koncepcji jest amerykański autor i mówca Seth Godin, przez wielu uważany za pioniera nowatorskich rozwiązań handlowych. Jego przekazywanie materiałów w taki sposób, by konsument sam ich wyszukiwał. W ten sposób nie tylko zwrócimy uwagę konsumentów, lecz także zyskamy ich lojalność. W przeciwieństwie do typowej reklamy, za pomocą marketingu przychodzącego budujemy nie tylko świadomość marki, lecz także głębszą relację z konsumentami. W tym przypadku to usługobiorca wyraża zgodę na otrzymywanie treści handlowych, niezależnie od tego, czy jest ona czynna (subskrypcja kanału na YouTube, newslettera), czy bierna (wyszukiwanie konkretnych produktów w Google). Cała idea polega na takich działaniach, by to nie materiały marketingowe trafiły do klienta, a klient do materiałów – i chyba to w tym tkwi sukces i coraz większa popularność inbound marketingu; wydarzenia takie jak bostońska konferencja o analogicznej do tej strategii nazwie, zyskują coraz większą liczbę uczestników.


Źródło: marketingautomagic.pl

Jak możemy zrealizować założenia marketingu przychodzącego? Jest wiele sposobów. Najpopularniejsze to content marketing (tworzenie unikalnych, przydatnych dla odbiorcy treści), SEO (ang. Search Engine Optimization, optymalizacja pozycjonowanie w wyszukiwarkach internetowych, np. Google, Yahoo) i wspomniane już wykorzystywanie mediów społecznościowych (YouTube, Facebook, Twitter) czy newslettery. Wszystkie te kanały dostępu do klienta, mimo zróżnicowania, mają jedną wspólną cechę: sprawiają, że konsument ma wrażenie, iż nasza oferta jest skierowana konkretnie do niego; jest zindywidualizowana. W związku z tym nie tylko trafiamy do klienta, co jest jedynie połowicznym sukcesem, lecz także mamy niejaką pewność, że zapozna się z naszą treścią, a nie pozbędzie się jej jak najszybciej (jak w przypadku uwielbianych przez wszystkich „skaczących” okienek). Strategia inbound marketingu jest o wiele bardziej subtelna, aniżeli tradycyjne koncepcje. Nie sprawia, że nasz usługobiorca się irytuje (znów wspomnę o okienkach!) lub – że czuje się manipulowany; nie wpływa więc na negatywną ocenę naszej wiarygodności.

Na nic jednak nie zdadzą się nam nasze treści, jeśli nie zadbamy o SEO. W wyróżnieniu się z morza konkurencji przyda się nam znajomość algorytmów Google. Jakie są najważniejsze? Przede wszystkim jakość tekstów, nasza kultura języka (tj. brak błędów, oryginalność tekstów), ale też budowa strony, dostosowanie do różnych urządzeń, w tym mobilnych, jej przejrzystość. Estetyka wbrew pozorom ma bardzo duży wpływ na pozycjonowanie. Ostatnim najważniejszym algorytmem są dobrze dobrane słowa klucze, czyli tzw. tagi. W ich przypadku korzystniejsze jest dla nas wpisywanie mniej popularnych, precyzyjnych i złożonych sformułowań, dzięki którym wybijemy się z tłumu podobnych ofert.

Jakie są wady takiego marketingu? Ze względu na sposób dotarcia do odbiorców, jesteśmy narażeni na ataki spamerów, wirusów, trolli internetowych i… niezadowolonych klientów, z czym musimy się, niestety, liczyć. W dobie popularności Internetu użytkownicy mają opinie innych ludzi podane wręcz „na tacy” i chętnie się z nimi zapoznają, dlatego nie powinniśmy ignorować negatywnego feedbacku. Wszyscy mogą nadszarpnąć naszą reputację, co bezpośrednio wpłynie na naszą sprzedaż. Innym zagrożeniem jest możliwość stracenia kontroli nad tym, co znalazło się w sieci – gdybyśmy, hipotetycznie, chcieli usunąć materiały, które zostały już udostępnione, może się to okazać niemożliwe. Raz, że ktoś mógł już je skopiować i udostępniać pozostałym użytkownikom, dwa, że często tego typu działania mają odwrotny od zamierzonego skutek – im bardziej chcemy coś ukryć, tym bardziej zainteresujemy tym spragnionych afery konsumentów. Ostatnim, najbardziej oczywistym zagrożeniem są wirusy i hackerzy. Jednym z przykładów są znane kanały na serwisie YouTube, gdzie pod filmami setki kont bez przerwy wrzucają linki do filmów pornograficznych. Nie trzeba chyba komentować tego, jak coś takiego wpłynęłoby na naszą wiarygodność.

Mimo wspomnianych dość sporych wad, zalety marketingu przychodzącego są przeważające nie tylko liczbowo, lecz także pod względem ich wielkości. Choć ta strategia wymaga od nas większego nakładu pracy, jej skutki są nieporównywalnie lepsze od tych, które uzyskamy za pomocą tradycyjnych form. W jej przypadku ryzyko, że treści, na które sami się zgadzamy i których szukamy, okażą się nietrafione, jest bardzo niskie. Dzięki temu możemy pozyskać nowych klientów, ale też utrzymać tych stałych. A to właśnie oni i ich lojalność w największym stopniu budują pozytywny wizerunek naszej firmy.

Źródło zdjęcia: shutterstock.com

Może zainteresują Ciebie poniższe artykuły

KATEGORIE

TWITTER

BIURO

Simply4net Sp. z o.o.
ul. Królowej Jadwigi 43
61-871 Poznań
+48 884 384 194

© 2016 Simply4net Sp. z o.o.